Łukasz Palkowski, twórca "Bogów": "Nie da się opowiadać dramatu nie dając widzom oddechu"  Łukasz Palkowski, twórca "Bogów": "Nie da się opowiadać dramatu nie dając widzom oddechu"

Łukasz Palkowski, twórca "Bogów": "Nie da się opowiadać dramatu nie dając widzom oddechu" (© Mat. prasowe )

O tym, dlaczego nie ogląda własnych produkcji, co najbardziej ukształtowało go jako reżysera i jakie są jego plany na przyszłość opowiedział nam Łukasz Palkowski, reżyser słynnych „Bogów”, serialowego superhitu „Belfer” i najnowszej produkcji o triathloniście, Jerzym Górskim - „Najlepszy”.

W środowisku filmowym mówi się o Panu wiele dobrego. Padają porównania chociażby do Romana Polańskiego. Ma Pan tego świadomość? To duża odpowiedzialność!
Zastanawiam się, co nas łączy z Polańskim. Na pewno młodsze partnerki (śmiech). Czy czuję ciężar, że muszę spełnić czyjeś oczekiwania? Nie. Staram się pozostać w tym dzieckiem. Chwilowo nie dopuszczam do siebie tego, co się wokół dzieje.

Jest Pan chyba najbardziej znany z filmu „Bogowie”. Tam opowiadał Pan o świecie lekarzy, teraz w filmie „Najlepszy” o świecie sportowców, dopingu - niezły rozdźwięk. Co łączy te historie?
Chyba tylko to, że opowiadają o zwycięstwie, a nie o przegranej. To kompletnie różne światy, kompletnie inny rodzaj walki. Jedna ze światem, druga wewnętrzna.

Lubi Pan współpracować z tymi samymi aktorami. To daje reżyserowi komfort, kiedy wie, czego się spodziewać?
W dużej mierze pracuję z tymi samymi, ale wzbogacam to grono. Chodzi bardziej o poziom porozumienia i dogadania. W zasadzie sprowadza się to do porozumiewania się monosylabami (śmiech). To nam po prostu ułatwia pracę.

Od razu widział Pan Jakuba Gierszała w roli tytułowej (Jerzego Górskiego)?
W żadnym wypadku. Ja Kuby nie znałem wcześniej osobiście. Spotkałem go po raz pierwszy na zdjęciach próbnych, ale do zupełnie innej postaci. Myślałem, że będzie idealny do roli Andrzeja, którego w efekcie zagrał Mateusz Kościukiewicz. I Kuba oczywiście był świetny w tej roli! Mateusz z kolei był przesłuchiwany do roli Jurka.

Wiele rzeczy zmienia się już w trakcie realizacji filmu...
Oczywiście. Film jest takim tworem, który pulsuje i żyje do momentu, w którym właśnie jesteśmy. Już podczas pisania scenariusza pracujemy na żywym organizmie. Następnie są zdjęcia, kiedy ten scenariusz wielokrotnie przepisujemy, interpretujemy, wyrzucamy, dokładamy. W montażowni w zasadzie ten scenariusz już na gotowych scenach piszemy od nowa. Chyba nie zdarzyło mi się nigdy, żeby kształt finalnej historii był identyczny jak ten, który był zapisany w scenariuszu. Bardzo lubię nadzorować cały proces powstawania obrazu.

Wyobrażam sobie, że jak już zobaczycie ten efekt finalny, nawet dla was musi być on zaskoczeniem.
No właśnie ja tego nigdy nie robię. Konsekwentnie ostatni raz widzę film na korekcji barwnej. Tak „Najlepszego” nie zobaczę nigdy, jak nigdy nie obejrzałem „Bogów”. To pozwala mi trzymać się ziemi. Dzięki temu mogę myśleć, że to dzieło kogoś innego.

I nigdy Pana nie korciło?
Nie. Znam każdy element filmu, więc pewnie, jakbym go obejrzał, chciałbym coś zmieniać. Lepiej nie (śmiech).

Czyli jak w telewizji lecą kolejne odcinki „Belfra”, przełącza Pan kanał?
Zawsze.

O „Bogach” mówiło się - i myślę, że w przypadku tego filmu będzie podobnie - że to hollywoodzki sposób przedstawiania biografii. Mocny przekaz, ale z tak zwanym „jajem”.

Nie da się opowiadać dramatu, nie dając widzowi odetchnąć. Należy skonstruować rytm filmu, który pozwala widzowi właściwie go oglądać. Raz widz powinien się uśmiechnąć. Innym razem uronić łzę. Balans pomiędzy tymi emocjami „piszemy” jak wzór matematyczny.

Łatwiej czy trudniej jest kręcić biografie niż inne filmy?
W przypadku tych dwóch, które mam na koncie, starałem się myśleć, jak o fikcyjnej historii. Naginanie faktów w pewnym sensie oczywiście musi nastąpić. Żaden życiorys nie unosi konstrukcji dramaturgicznej. Życie przebiega inaczej. Trzeba je momentami podkoloryzować. Oczywiście nigdy nie pozwoliliśmy sobie na to, aby kłamać. Zmienianie chronologii jest już wskazane.

A czy rodzina Zbigniewa Religi przy „Bogach”, a teraz sam Jerzy Górski albo jego bliscy pomagali wam budować te filmowe historie? Mieli jakieś zastrzeżenia, uwagi?

Osobiście trzymam się z daleka od takich sytuacji. Ludzie związani z naszymi bohaterami mieli kontakt ze scenarzystami, ale ze mną już nie. Potrzebowałem autonomii. Z Jurkiem przyjęliśmy pewien cudzysłów, który mnie pozwolił pracować swobodnie, a jemu nie martwić się o to, że zobaczy siebie w filmie w krzywym zwierciadle. Taki dystans jest mi bardzo potrzebny. Boję się z bohaterem zaprzyjaźnić, bo to pozbawi mnie dystansu. Podświadomie będę chciał coś dla niego zrobić i nagnę coś w filmie. Nawet robiąc to nie do końca świadomie.

Statystyczny widz filmu „Najlepszy” to...?
Przy „Bogach” kompletnie nie sprawdziły się moje przewidywania. Obstawiałem, że film obejrzy 350 tys. widzów, było ich ok. 2,5 mln. Poddaję się. (śmiech)

Co Pana najmocniej ukształtowało jako reżysera?
Jest takie jedno zdarzenie, które zmieniło mój pogląd na film. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z reżyserką i robiłem krótkie metraże, byłem zafascynowany włoskim neorealizmem. Jakbym teraz miał obejrzeć swój pierwszy film, to chyba pociąłbym się żyletką, taki smutek z niego wyzierał. Okupacja w małym miasteczku, śmierć dziecka. Musiałem mieć w sobie sporo bólu i żalu do rzeczywistości, a przez ten film go z siebie wyrzucałem. Tuż po tym filmie pracowałem przy obrazie telewizyjnym Maćka Pieprzycy „Barbórka”. Byłem tam drugim reżyserem. Nie jestem wielkim fanem Śląska, ale Maciek - owszem. Chciałem to zrozumieć. Maciek nie widzi biedy. Niezależnie od tego, jak jest źle, czy jak my ocenimy to miejsce z zewnątrz, tam ludzie wciąż potrafią się uśmiechać. Chwilę później zrobiłem swój „Rezerwat”. Praca na planie u Maćka zmieniła mój światopogląd. Z dużo większą otwartością spojrzałem na świat. Zacząłem się też częściej uśmiechać.

Kolejne plany? Może tym razem historia o kobiecie?
Chodziła mi po głowie pewna historia, ale to nutka przyszłości. Pojawił się kiedyś taki artykuł, który traktował o zbrodniarkach warszawskich w XX-leciu międzywojennym. Bardzo interesujące. Niewykluczone jednak, że w nieokreślonej przyszłości się za niego wezmę.

Rozmawiała Sylwia Arlak


Zobaczcie też: "Biznesmen z Warszawy szukał złota w Afryce. Jak udała się przygoda z bratem?


Hallo

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

sonia sartori (gość)

byłam na filmie "Najlepszy" Gierszoł doskonały i dla niego i tematu zostałam, ale wulgaryzmy okropne. Znałam Kotana osobiście, to był ktoś, nie przeklinał, dżentelmen w każdym calu, a tu nawet Gajos przeklina jak szewc. Powiedzcie, proszę, dlaczego polskie filmy są pełne wulgaryzmów, młodzież cały czas się śmiała, a mnie jako byłej wychowawczyni i nauczycielowi chciało się płakać nad schamiałym młodym pokoleniem Polaków. Kto ponosi za to winę..................................